05/09/2009

Chłopcy chadzają swoją drogą [Boys take their own routes]




[PL]

Nagrany w Złotej Erze muzyki afrykańskiej i dedykowany samemu Feli Kutiemu, The Boys Doin' It jest bez wątpienia jednym z największych albumów Hugh Masekeli, pomimo że z perspektywy czasu zepchnięty nieco na ubocze jazzowej twórczości, z którą artysta został mocno utożsamiony. Nagrany dla Casablanca Records w nigeryjskim studio EMI, w Lagos, w którym powstawały muzyczne arcydzieła Feli Kutiego, Tony'ego Allena czy Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou, może służyć za przykład ambitnego fusion, wykorzystującego warsztat techniczny amerykańskiego jazzu do eksplorowania tanecznej potęgi afro-funku i ideologicznego przesłania afrobeatu. Masekela składa na nim w końcu podziękowania wszystkim kobietom świata!

Album zawiera sześć fantastycznych kawałków, zagranych z potężną werwą i techniczną sprawnością, jakiej próżno szukać w ówczesnych produkcjach disco, którym album ten kłania się z Afryki pokazując różnicę dwóch poziomów. Formalnie, krążek ten jest kontynuacją drogi, otworzonej przez Masekelę na Introducing Hedzoleh Soundz (1973) i I Am Not Afraid (1974) – albumach, które zainspirowane zostały przez Felę Kutiego i w wyraźny sposób eksplorują afrykańską tradycję muzyczną. Skład, zebrany przez Masekelę do nagrania The Boys Doin' It różni się jednak nieco od tego z wyżej wymienionych albumów. Dokoptowany na nim zostaje bowiem, grajacy na congach, Kwasi "Rocki" Dzidzornu (długoletni muzyk sesyjny Taj Mahala) oraz Papa Frankie Todd, grający na perkusji typu traps. Soczyste i mięciutkie brzmienie tego albumu jest jednak wciąż dziełem Stewarta Levine'a – wielkiego producenta Hugh Masekeli, współpracującego z nim nieprzerwanie od 1966 r.


Otwierający album kawałek The Boys Doin' It to funkowa perełka, zagrana w niskim tempie, jednak z huraganową siłą trąbki Masekeli, wygrywającego swoje partie na tle pulsującego basu, z towarzyszącym chórkiem – pełna relaksacja. Następujący po nim song Mama, skierowany do wszystkich matek, jest kontemplacyjnym, afro-funkowym kawałkiem, podnoszącym zalety rodzicielek, który daje nam wytchnąć przed instrumentalnym numerem Excuse Me Please. Feeling tej płyty raz wznosi się, raz opada, ale nigdy nie daje nam się znudzić żadnym z numerów dzięki fantastycznym aranżacjom.

Drugą stronę otwiera fenomenalny tune Ashiko (World Of Time), jeden z najznakomitszych afro-funkowych kawałków wszechczasów, z synkopowanymi partiami perkusji i elektrycznego pianina, grany na off beatowej strukturze muzycznej z fantastyczną, instrumentalną, drugą częścią. In The Jungle jest bliższy amerykańskiemu funkowi spod znaku Isaaca Hayesa czy Curtisa Mayfielda. Partie gitary są kontrapunktowane przez trąbkę Masekeli, mocno eksponującą jazzową technikę, a towarzyszy mu w warstwie werbalnej afrykanistyczne przesłanie o odejściu Tarzana z dżungli. Płytę kończy A Person Is A Sometime Thing, instrumentalny, medytacyjny tune, akcentujący głównie wyrafinowaną melodykę – brzmienie bardzo charakterystyczne dla jazzu, granego w RPA, w tamtym okresie (Dick Khoza, Zacks Nkosi). Żelazna pozycja dla wszytskich maniaków!


Masekela – The Boys Doin' It – Casablanca Records – LP (NBLP 7017) – Stany Zjednoczone, 1975

Ocena: 9/10
Aktualna cena: £12-16



[EN]

Recorded in the Golden Era of African music and dedicated to Fela Kuti himself, The Boys Doin' It is without doubt one of the greatest albums of Hugh Masekela, although from perspective of time pushed aside his jazz career, with which artist has been strongly identified. Recorded for Casablanca Records in Nigerian EMI Studios, Lagos, from which masterpieces of Fela Kuti, Tony Allen or Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou were coming out, can be an example of an ambitious fusion, based on American jazz workshop to explore both afro-funk dance potential and afrobeat ideology. Masekela gives on it thanks to all women in the world, eventually!

Album contains six wicked tracks, played with outstanding energy and technical mastery, which can be hardly found in any disco album from those days. Masekela sort of waves to them showing solid difference of two levels. Formally, this record is a continuation of way opened by Masekela on Introducing Hedzoleh Soundz (1973) and I Am Not Afraid (1974) – albums, which have been inspired by Fela Kuti and distinctly take on exploration of African music tradition. Band assembled by Masekela to record The Boys Doin' It is though slightly different from the crews credited on both mentioned records. We have here conga player, Kwasi "Rocki" Dzidzornu (previously Taj Mahal's session musician) and Papa Frankie Todd, playing traps percussion. What is important, juicy and soft sound of this album is still great Stewart Levine's responsibility, who had been collaborating with Hugh Masekela constantly since 1966.


Record opens with The Boys Doin' It, a pure funk pearl. This is down tempo, but with hurricane power of Masekela's horn, playing his lines along warmly pulsing bass in the background with accompanying choir – full relaxation. Following song Mama, is addressed to all mothers and does it with laid back, afro-funk touch – still it emphasizes important role of the women. You can breathe some air before instrumental, shiny, tune, Excuse Me Please. Grooviness of that record goes up and down, but never leaves you bored due to outstanding arrangements.

Side B opens with stunning tune Ashiko (World Of Time), one of the greatest afro-funk compositions of all times. It goes through syncopated lines of percussion and electric piano, based on traditional off beat structure building up especially in a second, instrumental part, which turns out to be a pure afrobeat flow. In The Jungle is closer to American funk of Isac Hayes, Donny Hathaway or Curtis Mayfield. Guitar lines are counterpointed by Masekela's horn, exposing his fabulous jazz side while we listen to lyrics about Tarzan leaving the jungle, which have some obvious africanist print on it. Last track on side B is A Person Is A Sometime Thing, instrumental, meditative tune, accenting mainly exquisite melodics – sound is very distinctive showing South African jazz feeling of that period (Dick Khoza, Zacks Nkosi). Hard line collectors and DJs cannot miss it!

Masekela – The Boys Doin' It – Casablanca Records – LP (NBLP 7017) – USA, 1975

Rating: 9/10
Current price: £12-16




27/08/2009

The legendary beat [Legendarny bit]


[PL]

Jest pewien muzyk, bez którego afro-funk nigdy nie wypłynąłby na szerokie wody, a nazywa się Manu Dibango. Ten urodzony w Kamerunie saksofonista przez lata pogrywał z wieloma znakomitymi muzykami, jednak świat miał go poznać po raz pierwszy dopiero w 1972, kiedy w Nowym Jorku nagle pojawił się pewien gorący, wibrujący tune, znany jako "Soul Makossa". Jak głosi legenda, w jednym ze sklepów muzycznych na Brooklynie znalazł go sam David Manusco, by natychmiast włączyć do swoich setów podczas kultowych "Loft parties".

Jak wiemy dzisiaj, przed Manu Dibango byli w Afryce inni, którzy pociągali za sobą do tańca tłumy. W połowie lat '60 zachodnio afrykańską scenę muzyczną dominowały afro soulowe podrywy Orlando Juliusa i Geraldo Pino, którzy zainspirowali sobą całe pokolenie muzyków z Ghany, Beninu i Nigerii – w tym samego Felę Kutiego. Historia lubi jednak płatać figle, gdyż reszta świata dowiedziała się o nich całkiem niedawno. Ich talenty na światło dzienne wyciągnęły dopiero reedycje takich wytwórni, jak Strut czy Soundway, wypuszczone po roku 2000.

Singiel "Soul Makossa" zapoczątkował w Nowym Jorku erę disco. Ze swoją nowatorską, jak na owe czasy produkcją, która wypchnęła do przodu bas czyniąc z niego potężne narzędzie rytmiczne i melodyjnymi partiami saksofonu, które ustępowały tylko hipnotycznemu głosowi Manu Dibango, nucącemu "ma-ma-ko, ma-ma-ssa, ma-ma, ma-ko-ssa", utwór ten natychmiast stał się hitem. Oparty o prostą, powtarzalną frazę, tune ten wyznaczył nowy kierunek idealnie wpasowując się pomiędzy rewolucyjną energię Sly and Family Stone, a podziemne produkcje Larry'ego Levana.

Kawałek "Big Blow" pojawił się po raz pierwszy w 1976 jako zwiastun albumu "Afrovision". W tym samym roku obydwa kawałki zostały jednak wydane przez Fiesta Records jako singiel 12'', który od tego czasu wznawiano wielokrotnie ze względu na swoją huraganową siłę. Ten singiel w zasadzie do dzisiaj się nie zestarzał, gdyż obydwie strony są spełnieniem snu każdego didżeja o hitach podrywających natychmiast ludzi do tańca. "Big Blow" jako kawałek nieco bardziej dynamiczny z elektryzującą partią saksofonu jest idealnym dopełnieniem energii "Soul Makossy". Obowiązkowy zakup dla każdego miłośnika muzyki afrykańskiej!

Manu Dibango – Soul Makossa / Big Blow – Unidisc – 12'' (SPEC-1280), 33 RPM, Reedycja - Kanada, 198?

Ocena: 10/10
Aktualna cena: £3-10



[EN]

There is one musician, without whom afro-funk would never sailed across the music ocean – his name is Manu Dibango. This future music superstar was born in Cameroon learning to play and sing since he was a child. He crafted his talent with many skilled musicians in Paris, but he was exposed to the world just in 1972, when suddenly in New York someone found a record with his vibrant, hot tune – “Soul Makossa”. As they say, person who found it was David Manusco himself, who also popularized this tune by playing it during his legendary "Loft parties".

As we know very well today, there were other African pioneers before Manu Dibango, who had been turning their gigs into total dance madness. In the middle of the 60’s West African music scene was dominated mainly by afro soul wave, represented by Orlando Julius and Geraldo Pino, who inspired all generation of musicians in Ghana, Nigeria and Benin – the greatest was obviously Fela Kuti himself. History likes to make pranks though, cause for the rest of the world they stayed in shadow until their wicked albums were reissued by labels such as Strut and Soundway (after year 2000).

"Soul Makossa" single had become foundation-stone of disco era in NY. With its innovative production, which pushed bass forward making it powerful rhythmical tool and melodic saxophone lines, which gave up only to Manu Dibango’s hypnotic voice itself, humming "ma-ma-ko, ma-ma-ssa, ma-ma, ma-ko-ssa", this tune quickly became a hit. Based on simple, repeatable phrase, "Soul Makossa" set a totally new direction in music jumping between revolutionary energy of Sly and Family Stone and underground productions of Larry Levan.

"Big Blow" came up first in 1976 as a single making way for "Afrovision" LP. In the same year both tracks were released as 12’’ (format, which started to gain popularity due to disco releases) and they were never out of print since, cause they’ve been striking every dance floor like a hurricane. Basically, this single has never grown old – both sides are fulfillment of any dj’s dream, they heat up every dancer. "Big Blow" as a bit more dynamic track with electrifying saxophone line is a perfect fill up for "Soul Makossa" energy. This is a must-buy for every follower of African music!


Manu Dibango – Soul Makossa / Big Blow – Unidisc – 12'' (SPEC-1280), 33 RPM, Reissue - Canada, 198?

Rating: 10/10
Current price: £3-10

Soul Makossa (streaming)
Big Blow (streaming)




17/08/2009

Freestyle Records czyli perły z funkowej piwniczki



[PL]

Założona pod koniec 2003 roku przez Adriana Gibsona, znanego didżeja i promotora Jazz Cafe, najsławniejszego funkowo-jazzowego klubu w Londynie, wytwórnia Freestyle Records szybko stała się jednym z najbardzej znanych europejskich labeli, promujących seksowny styl funky, jak i nu afrobeat.

Pomimo tego, że w krajach Europy Wschodniej wciąż przewagę nad wszystkimi innymi trendami muzycznymi, kształtującymi styl życia nocnego stanowią house, drum'n'bass, trance i elctroclash – gatunki na wskroś elektroniczne, w Wielkiej Brytanii od prawie dziesięciu lat tradycyjny klabing znajduje się w odwrocie.

W dużej mierze dzieje się tak na skutek szperania przez londyńskich didżejów i kolekcjonerów płyt winylowych w perełkach klasycznych gatunków muzycznych tj. funk, soul, reggae, afrobeat, jazz-dance, a ostanimi czasy nawet 60's garage. To właśnie dzięki jednemu z nich, Adrianowi Gibsonowi powstała ponad cztery lata temu wytwórnia Freestyle Records, zgodnie określana przez funkowo ukierunkowanych didżejów z całego świata jako jedna z najlepszych, współczesnych stajni muzycznych, promujących funk i soul, nie zapominająca jednak w zasadzie o żadnym gatunku, w którym mocny akcent kładzie się na taneczny groove.

Wytwórnia wypuściła w ciągu dwóch pierwszych lat swojego istnienia prawie pięćdziesiąt albumów, z tego prawie 30 zostało wytłoczonych na 12'' singlach, które wskoczyły w charakterystyczne brązowe okładki. Wśród nich znalazły się płyty nowojorskiego kolektywu Kokolo, grającego goracy afrobeat oraz ich muzycznych braci z Kanady, grupy Afrodizz. Nie można także zapomnieć o kolejnej muzycznej maszynie, soulfunkowym projekcie Soulive, disco funkowym JTQ z gościnnym udziałem Roya Ayersa oraz The Society, zespole łączącym najlepsze tradycje latynoskiego jazzu z czarnym, rozbujanym funkiem.

Oprócz wydawania przeznaczonych głównie dla didżejów singli 7'' i 12'', Freestyle Records promowało na swoich kompilacjach z remiksami zjawisko, które wkrótce miało stać się znane powszechnie jako nu funk. Jedną z pierwszych tego typu kompilacji był album „Freestyle Remixed”, na którym znalazły się utwory Reggiego Wattsa, Afrodizz, Kokolo, Speedometer, Los Cabrones i innych artystów, zremiksowane m.in. przez takie sławy, jak Beatfanatic, Richy Pitch i Moonstarr.

W ciągu dwóch następnych lat zainteresowanie Adriana Gibsona wydawaniem kolejnych niepowtarzalnych produkcji stale się zwiększało, co zaowocowało dokoptowaniem do stajni wielu znakomitych postaci soulfunkowej, jazz-dance'owej i afrobeatowej sceny muzycznej, jak też doskonałych hiphopowych didżejów.

Wśród wydanych do końca 2007 roku produkcji znalazły się albumy takich mistrzów turntablismu, jak DJ Yoda czy DJ Spinna. Doszły też kolejne funkowe gwiazdy, znakomity zespół The Apples, kolektyw Jazzanova, trio Afro Elements czy muzyczny wirtuoz i znakomity didżej, nadzieja brytyjskiej sceny, Lack Of Afro. Jego debiutancki album, „Press On”, tuz po swoim wydaniu narobil wiele szumu w Wielkiej Brytanii, gdyż chłopak nie skończył jeszcze 26 roku życia, a z bomby stal się wyznacznikiem nowego, funkowego stylu.


Oficjalna strona: Freestyle Records

14/08/2009

Este ritmo es africano...





[PL]

Parszywa jedenastka z Brooklynu, znana jako Antibalas, należy do najbardziej twardych kontynuatorów muzycznej linii Feli Kutiego. Od swojego powstania w 1997 nagrywają afrobeat w sposób, którego nie powstydziłby się sam ojciec chrzestny. Pochodzą z Nowego Jorku, więc w ich muzyce niemal zawsze odzywa się gorąca, międzykulturowa fuzja, w której słychać zarówno inspiracje latynoskie, afrykańskie, jak i wyraźny głos amerykańskiego jazzu. Fela spotyka się u nich często z Eddiem Palmierim, a Peter King z Hectorem Lavoe... który jest bezpośrednią inspiracją 12'' singla Che Che Cole, będącego oficjalnym hołdem dla niego samego – wielkiej legendy muzyki latynoskiej.

Che Che Colẻ to pamiętny, latyno-afrykański killer, nagrany w 1969 w Nowym Jorku, oryginalnie skomponowany przez Williego Colona i wyprodukowany przez Johnny'ego Pacheco, a zaśpiewany przez samego Hectora Lavoe – uważanego za jeden z najgłębszych głosów amerykańskiej sceny latino. Oparty o prosty rytm, pochodzącej z Ghany wyliczanki dla dzieci, zaśpiewany po hiszpańsku numer, został przez Antibalas potraktowany honorowo i jednocześnie zwrócony korzeniom.

Na stronie A singla dostajemy cover Che Che Cole, oparty na oryginalnym rytmie Colona i Pacheco wraz z jego wersją instrumentalną – obydwie idealnie sprawdzą się na parkiecie. Strona B temu samemu numerowi daje zaś zupełnie nowe ciało. W miksie użyto, pochodzacego z Kamerunu, synkopowanego rytmu makossa, który wypchnął numer do przodu podkręcając tempo, a jednocześnie zmieniając go nie do poznania. To tak jakby Mercedesowi S klasy dać silnik Lamborghini!



Nowa aranżacja przeobraziła stary hit we współczesny killer, który zamienia taniec w czysty, korzenny trans. Afrykańska rytmika tego kawałka budzi martwych do życia – Bosco Mann po raz kolejny okazuje się współczesnym szamanem! Drugi kawałek na stronie B, to sam soczysty rytm (du-du—du-dum-dum). W obydwóch wersjach wokalnych charakteru nadaje im przede wszystkim piękny głos Mayry Vegi, który został fantastycznie zmiksowany z muzyką i dzięki ciepłej produkcji dodał jej gorących, seksownych wibracji! To bez wątpienia jeden z najepszych singli, jakie zostały wydane przez Daptone Records!

Antibalas Afrobeat Orchestra - Che Che Cole – Daptone Records – 12'' (DAP-12001) – USA, Czer 2003

Ocena: 9/10
Aktualna cena: £8-20


[EN]

Dirty eleven from Brooklyn, NY, known as Antibalas, are one of the hard line continuators of Fela's music line. Since their formation in 1997 they've been playing afrobeat in a way, which the godfather would be proud of. Coming from one of the biggest melting pots of multiculturalism in the world they are deeply into fusion of African sound with raw funk backed with American jazz tradition. In their music Fela meets Eddie Palmieri and Peter King clashes with Hector Lavoe... who became eventually a direct call for recording Che Che Cole cover – first time they crossed hot latino vibes. The single is about memory and giving honour to the legend of latino music.

Che Che Cole is a real latino-african killer, recorded in 1969 in NY, originally composed and arranged by Willie Colon, produced by Johnny Pacheco and sung by Hector Lavoe himself – still remembered as one of the deepest voices of American latino revival. Tune based on a simple rhythm of children's play from Ghana, sung in Spanish, has been treated with full respect by Antibalas, who made utmost effort to bring it back to the roots.



On side A we get Che Che Cole cover, based on an original rhythm by Colon and Pacheco with following, instrumental version – both will seed up a fever on the dancefloor. Side B gives that tune a whole new body. Che Che Cole has been mixed on a basis of syncopated makossa rhythm from Cameroon, which pushed it forward screwing up the tempo and changed into something completely insane. It's like Mercedes has been tuned up with Lamborghini engine!

New arrangement turns old buster into modern killer changing the dance into pure, tribal trance. African rhytmics of this track can wake up the dead – Bosco Mann once again proves to be a modern shaman! Following track on side B is a juicy makossa rhythm itself (du-du—du-dum-dum). Both versions are genuinely uplifted by stunning Mayra Vega's voice, perfectly mixed with instrumental lines and produced with hot touch to make evberybody sweaty. It's without doubt one of my favourite singles, which came out from Daptone Records!

Antibalas Afrobeat Orchestra - Che Che Cole – Daptone Records – 12'' (DAP-12001) – USA, Jun 2003

Rating: 9/10
Current price: £8-20


Seun Kuti - Many Things

This is (maybe not so fresh) video of Seun Kuti for his great tune "Many Things" shot in Lagos and Paris:

04/08/2009

Lagos wciąż płonie [Lagos still burnin']





[PL]

Jak dobrze wiemy, Fela pozostawił po swojej śmierci dwóch synów, starszego - Femiego i młodszego - Seuna. O ile ten pierwszy zdążył po odejściu ojca nagrać wiele albumów studyjnych oraz wypuścić niezliczoną ilość remiksów klubowych pozwalając afrobeatowi przybrać nową postać, która mogła być łatwo strawiona przez "chemiczne pokolenie", na pierwszą płytę długogrającą Seuna musieliśmy czekać bardzo długo. Przez pewien czas puszczać sobie mogliśmy jedynie 12'' singiel „Think Africa”. Zapalonym fanom bardzo efektywnie zaostrzało to jednak apetyt!

Ze spotkania Seuna z genialnym Martinem Meissonnierem, odpowiedzialnym min. za produkcję legendarnego albumu „Synchro System” Kinga Sunny'ego Ade oraz singla „Abele Dance” Manu Dibango, nie mogło oczywiście wyjść nic poniżej jakości doskonałej. Sześć miażdżących kości kawałków, doskonale odnajdujących się pomiędzy korzenną, afrobeatową tradycją, a współczesnym, klubowym wcieleniem, to jazda po czaszce każdego wyznawcy muzyki afrykańskiej i nadzieja na kolejny krok w propagowaniu afrykanistycznego przesłania Feli. Z wielką radością przyznaję, że jest to mój ulubiony afrykański album roku 2008.


„Many Things” w warstwie werbalnej to przede wszystkim kontynuacja protestu przeciwko ekonomicznej eksploatacji Nigerii i obnażanie nędzy spowodowanej korupcją i egotyzmem lokalnego establishmentu. W dynamicznym głosie Seuna pobrzmiewają wszystkie kłopoty, dotykające jego rodzinny kraj, od braku wody pitnej, przez brutalność i samowolkę policji, aż po spekulacje naftowe. Muzycznie to dzika furia sekcji dętej, dudniący bas i głęboko zakorzenione w tradycji Yoruba linie rytmiczne (z oczywistym udziałem bębna gbedu). W fantastycznych chórkach, zaaranżowanych z wokalem Seuna wg. tradycyjnego, afrykańskiego call and response, udziela się min. córka Feli – Moturayo Anikulapo Kuti. To wszakże jeden ze smaczków tej płyty.

Teksty śpiewane są po angielsku, w pidgin English oraz języku Yoruba, co oczywiście znakomicie oddaje klimat Nigerii i pozwala zanurzyć się w brutalnej rzeczywistości tego kraju. Soczysta produkcja Meissonniera wycisnęła niemal wszystko z talentów muzycznych Seuna i Africa 80 polewając ponadto płytę klubowym sosem. Średnia długość kawałków oscyluje w granicach ośmiu minut, co jest oczywistym kompromisem wobec linii Feli, który przeciętnie aranżował je w granicach 12-15 minut. Czasy się jednak zmieniły, a afrobeat oprócz stania na straży muzycznej tradycji, musiał wpasować się chociaż trochę w rynek muzyczny. W tym wypadku wyszło to płycie jedynie na dobre, gniew na winylu pozostał nie zagłuszony, a taneczność podbita do maksimum! Pewnie ciężko będzie uslyszeć tą płytę w europejskich klubach, ale dla wielu stanie się ona zachętą do odkrywania wielkiego, tanecznego potencjału afrobeatu.

Seun Kuti + Fela's Egypt 80 – Many Things – Tout Ou Tard – LP (8345 10588 2) – Francja, 24 Czer 2008

Ocena: 8/10
Aktualna cena: £12-18



[EN]

As we all know very well, Fela left two sons after his death, older one – Femi and younger one – Seun. As far as the first one, after his father's passage, has managed to release loads of studio albums and a plenty of club remixes, giving a way to afrobeat for taking a new turn, which could have been easily digested by „chemical generation”, for the first Seun's LP we've had to wait for very long time possibly digging into 12'' „Think Africa”. Ardent fans' appetites were obviously only wheting on it.

As an effect of Seun's studio collaboration with Martin Meissonnier, responsible by the way for producing legendary „Synchro System” album by King Sunny Ade and „Abele Dance” single by Manu Dibango, we coluldn't expect nothing below a certain level. Six bones-crushing tracks, perefectly swinging between genuine, afrobeat tradition and modern clubbing incarnation, are roller-coaster over skull of every African music follower as well as they are hope for the next step in spreading Fela's africanist agenda. With great pleasure I admit it's my favourite African album released in 2008.


On a verbal level „Many Things” is mainy continuation of protest against economic exploitation of Nigeria and exposing poverty driven by corruption and egotism of local establishment. The furious voice of Seun sounds with all troubles affecting his country. Thus we're going from lack of drinking water, through brutality and savageness of police, to oil speculations. In terms of music, it's a wild cyclone of brass section, rumbling bass and rhytmical lines deeply rooted in Yoruba tradition (gbedu drum sound included). Wicked choirs and Seun's vocal have been arranged along traditional, African call and response pattern. One of these feminine voices belongs to Fela's daughter – Moturayo Anikulapo Kuti. This is one of the tasty bites on that record.

Lyrics are sung in English, pidgin English and Yoruba language – perfect face for atmosphere of Nigeria, which lets us dive deeply into the harsh reality of this country. Juicy production by Meissonnier squeezed almost all musical talents of Seun and Fela's Africa 80 band sprinkling these tracks with smooth clubbing sauce. Average timing of tunes is around 8 minutes, which is an obvious compromise with Fela's line, who arranged his tunes to hit 12-15 minutes. Times have changed though and afrobeat apart of keeping up the musical tradition, has had to fit the music market a bit. In this case it's only for good, anger on a record hasn't been drowned out and the dance potential has been maximized. Although it's unlikely to hear these tracks in European clubs, for many it might become a stimulus to discover afrobeat's great party potential.

Seun Kuti + Fela's Egypt 80 – Many Things – Tout Ou Tard – LP (8345 10588 2) – France, 24 June 2008

Rating: 8/10
Current price: £12-18





29/07/2009

Witamy w Gorących Bitach [Welcome to the Hot Grooves]


[PL]

Są płyty, które bronią się jednym, gorącym tunem. Są też inne, które bronią się dwoma. „Let's Stay Together” stała sie w ciągu ostatnich lat jedną z najbardziej poszukiwanych przez kolekcjonerów i didżejów płyt z muzyką afrykańską właśnie ze względu na dwa, a konkretnie jeden wybuchowy element – ociekający tłuszczem „Everybody's Groove”. W porównaniu z nim, tytułowy „Let's Stay Together” goni już tylko niestety pierwszy. Ponowną eksplozję zainteresowania grupą wywołała pierwsza z legendarnych kompilacji, odsłaniających rzadkie dźwięki z Afryki - „Club Africa” (1999), wydana przez znakomitą, brytyjską wytwórnię Strut, dzięki której killer „Everybody's Groove” został rzucony na rynek muzyczny po raz pierwszy od 1975.

Pomimo tego, że zwykle daje się dosyć dokładnie ustalić pochodzenie i skład afrykańskich bandów, wygrzebanych ze studni czasu, tu pozostają jedynie domysły. Jedno źródło wskazuje na Ghanę, drugie zaś na Kenię (są też inne, sprzeczne źródła). Podobny problem jest z ustaleniem składu grupy na płycie, wszyscy wiemy, że grają na niej czarni muzycy, a jesteśmy w stanie dotrzeć tylko do włoskich kompozytorów, aranżerów, producentów oraz włoskiej sesji dętej. Ashantis pomimo tego z całą pewnością nagrywali tą płytę w Milanie i byli w latach '70 dosyć znani we Włoszech. Odbywali także trasy po Szwajcarii i Niemczech, reedycja jednej z ich płyt została także wydana w Polsce („Disco Play”, 197?). Niemal pewne jest, że byli wówczas częścią europejskiej sceny disco funkowej, dobrze zagospodarowanej przez przemysł muzyczny. Wydanie brytyjskie, w którego posiadaniu jestem, jest licencjonowane przez EMI i Red Bus. Rodzinną wytwórnią Ashantis była jednak wówczas włoska Cipiti Records.


„Let's Stay Together” to w zasadzie album, który można by zaliczyć do szerokiej działki popu i podpisać: SŁABY, gdyby nie tych kilka korzennych, afrykańskich perełek. Obok hipnotycznego „Everybody's Groove”, opartego na pulsującym afro-funkowym rytmie z charakterystycznym offbeatem – dałbym temu kawałkowi 10/10 – mamy nie najgorszy, disco funkowy „Let's Stay Together” (to nie jest cover Ala Greena – sic!) i definitywnie zainspirowany tradycyjnymi afrykańskimi rytmami, kończący płytę tune - „The Finders” z ciekawymi partiami sekcji dętej, afrykańskimi zaśpiewami i obowiązkowymi congami! Jako, że nie jest to płyta równa, reszta materiału grzęźnie niestety gdzieś pomiędzy gównianym afro rockiem („I Got My Troubles”), popowymi balladami („Suzanne”) i latynoskimi stylizacjami („Senora”). Płyta oczywiście jest obowiązkowa dla kolekcjonerów współczesnej muzyki afrykańskiej, ale każdy inny może ją sobie po prostu odpuścić, gdyż cena w tym przypadku nieco odstrasza.

Ashantis – Let's Stay Together – Red Bus Records Ltd., EMI Records Ltd. - LP (YAX 5069/5070, EMC 3109) - Wielka Brytania, 1975

Ocena: 6/10
Aktualna cena: £48-408


[EN]

There are records, which shoot down with one steamy tune. There are the other ones, which shoot down with two. „Let's Stay Together” has become recently one of the most searched African records by Djs and collectors due to two and specifically one killing tune – dripping with phat „Everybody's Groove”. In comparison, title one „Let's Stay Together” is unfortunately only running after. Revival of band's popularity has basically started with release of first legendary, rare African music compilation (starting essential modern afro sounds compilations blossom around Europe) - „Club Africa” (1999). Released by cult, British label – STRUT, this compilation has spread „Everybody's Groove” tune virus far beyond imagination, tossing it to the public for the very first time after original issue.


Although it's releatively common to pinpoint cultural backgrounds of compiled bands and to determine credits most of the rare African records, dug out from the well of time, here we can only make conjectures. About the country of origin one source says it's Ghana, Kenya says the other one (there are other, contradicting ones as well). There's similar problem with the band members, we all know they're black musicians, but we can only confirm Italian composers, arrangers and Italian brass section (as credited on the back cover). Despite uncertaintities, Ashantis were for sure recording that album in Milano and were fairly known to Italian public. They were touring Italy, Switzerland and Western Germany, one of their albums has been also reissued in Poland („Disco Play”, 197?). It's almost certain they were part of European disco funk scene, well treated by the music business. UK issue, which I possess, was released on licence by EMI and Red Bus. Though home label of Ashantis was Italian Cipiti Records.


„Let's Stay Together” is basically an album, which can be put onto the long shelf of pop music with a sign POOR written on, but is saved by these few genuine African pearls. Next to hipnotic, based on pulsing afro-funk, offbeat rhythm, „Everybody's Groove” - I would rate it 10/10 - we get not too shabby, disco funky „Let's Stay Together” (this is not Al Green's song cover – sic!) and definitely traditional African rhythms inspired, finishing B side, „The Finders”, with interesting brass section parts, African chanting and obligatory congas. However, it's an inconsistent album. Rest of the material gets stuck somewhere between trashy afro rock („I Got My Troubles”), easy listening ballads („Suzanne”) and Latino stylizations („Senora”). This record is obviously a must-buy for modern afro sounds collectors, but everybody else can just forget about it. Price in this case is one of the main daunting factors.

Ashantis – Let's Stay Together – Red Bus Records Ltd., EMI Records Ltd. - LP (YAX 5069/5070, EMC 3109) - UK, 1975

Rating: 6/10
Current price: £48-408


21/07/2009

Renesans afrobeatu



[PL]

Afrobeat – rewolucyjny ogień z Nigerii, którego ojcem jest wielki Fela Kuti, przeżywa od kilku lat swój wielki renesans na całym świecie. Pomimo tego, że miejscem jego odrodzenia są dziś przede wszystkim Stany Zjednoczone, „czarna fala” nie omija także Londynu i stolicy Nigerii, Lagos, gdzie pałeczkę po ojcu przejął syn Feli – Femi. Nawet jeśli afrobeat nie był wcześniej muzyką klubową, teraz jego elementy przenikają dzięki poszukującym didżejom na europejskie parkiety.

Muzyka i polityka


Jak mówi Martin Perna, jeden z filarów nowojorskiej grupy Antibalas Afrobeat Orchestra: - Afrobeat był dla mnie sposobem na połączenie moich przekonań politycznych i muzycznych. To muzyka, w którą nieodłącznie wpisane są wartości tj. opór i walka. Jeśli chcesz zaś dotrzeć do ludzi z jakimkolwiek przesłaniem, musisz wtopić je w rytm.

Trudno o bardziej wyraziste objasnienie tego czym jest afrobeat, będący muzyką sprzeciwu wobec korupcji, nieuczciwych machinacji politycznych oraz duchowej stagnacji. Afrobeat to dudniąca, ekstatyczna furia post tradycyjnych, afrykańskich rytmów plemienia Yoruba oraz pełnych pasji linii instrumentów dętych z częstymi popisami solowymi. Kawałki osiągają nierzadko 15 minut i są zaproszeniem do dzikiego tańca, który ma uwolnić ciało od codziennych trosk.

Antibalas (hiszp. kuloodporni) zostali utworzeni w 1997 na Brooklynie tuż po smierci Feli Kutiego, który zmarł na powikłania, związane z AIDS, jako hołd dla jego wielkich muzycznych i społecznych dokonań. Do składu Antibalas weszli członkowie grup The Daktaris, King Chango oraz The Soul Providers, zespołów które inspirowały się w swojej twórczości zarówno latynoskim jazzem spod znaku Eddiego Palmieri, jak też klasycznym soulem z wytwórni Motown oraz raw funkową tradycją Jamesa Browna, ponad wszystko oddając jednak cześć Czarnemu Prezydentowi. Wszystkie wpływy idealnie spotkały się w muzyce Antibalas pomagając im wypracować swój własny, niepowtarzalny styl.

Skład Antibalas w ciągu trzech lat dobija ostatecznie do 11 osób. Muzycy nagrywają wspólnie swój debiutancki album, Liberation Afrobeat Vol. 1 (2000), wydany przez niezależną wytwórnię Afrosound Records. Płyta ta jest idealnym przykładem tego czym staje sie afrobeat na początku XXI wieku, czerpiący jednocześnie z afrykańskich tradycji i poszukujący nowych sposobów wyrazu. Antibalas szturmem zdobywają Stany Zjednoczone i Europę dzięki swojej fantastycznej trasie koncertowej, a ich płyta szybko zdobywa uznanie dzięki dystrybucji znakomitej wytwórni Ninja Tune.

Inną grupą, która, jak huragan zmiata wielkie miasta na całym świecie, jest Kokolo Afrobeat Orchestra, nazwana tak od latynoskiego miana, którym określało się w latach '60-'70 fanatycznych wyznawców muzyki afrykańskiej w czarnych dzielnicach Nowego Jorku. Trzonem składu jest siedem osób, które wspólnie zafascynowały się afrobeatem widząc w nim idealną muzykę do przekazywania rewolucyjnych treści.

Jak twierdzi Ray Lugo, były punk i wokalista Kokolo: - Miliardy ludzi są dzisiaj manipulowane przez polityczne slogany i zorganizowaną religię. Jedynie dzięki zmianie w edukacji przyszłych pokoleń będziemy w stanie zjednoczyć ludzkiego ducha wokół idei wspólnego braterstwa, które przyczyni się do zniszczenia strachu. Kokolo zapewnia taką edukację poprzez teksty, obrazujące szaleństwo współczesnego świata, a jednocześnie dające nadzieję na pozytywną przyszłość.


Z przeszłością w przyszłość


Jak pisze znany, nigeryjski dziennikarz muzyczny, Benson Idonije: - W przeciwieństwie do muzyki reggae, która ma swoich wielu reprezentantów, afrobeat jest identyfikowany głównie z Felą Anikulapo Kutim, ponieważ była to w zasadzie fuzja jednego człowieka. Rozkwit afrobeatu poza Nigerią przypada dopiero na koniec lat '90, pomimo tego, że wcześniej jego wpływy sięgały całej Afryki Zachodniej. Okres ten przynosi jednak nie tylko międzynarodową fascynację afrobeatem, ale przede wszystkim jest dowodem na to, że afrobeat od samego początku miał tendencję do bycia muzyką o uniwersalnym przesłaniu i posiadał potężny zasób energii, żeby podbić świat.

Wraz ze śmiercią Feli Kutiego zmianie ulega sprawa zasadnicza i następuje dla afrobeatu nowa era. Muzykę tą tworzyć przestają wyłącznie jednostki z afrykańskimi korzeniami kulturowymi, a staje się ona w Stanach Zjednoczonych domeną imigrantów z Ameryki Łacińskiej i białych Amerykanów z klasy średniej, którzy odkrywają w niej nową, potężną siłę. Popularność, jaką zaczyna zyskiwać ta muzyka po drugiej stronie Oceanu, jest także jednoznacznym dowodem na to, że punk, rock psychedeliczny, industrial, rave i reggae przestały być twórcze, a rewolucjoniści musieli sobie znaleźć nową broń.

Inne podłoże miało powstawanie zaczątków sceny londyńskiej, kojarzonej głównie z urodzonym na Hackney, Dele Sosimim, który zanim założył swój własny zespół, spędził w zespole Feli Kutiego siedem lat, by grać także z zespołem jego syna – Femi, przez kolejne sześć. W 1995 Dele założył w końcu swój własny zespół, który miał łączyć tradycję plemienia Yoruba z multikulturowym kolażem londyńskiej metropolii.

Jego muzyka szybko zainspirowana została przez deep funk oraz europejski jazz przy otwartym eksperymentowaniu z brzmieniami klubowymi. Fuzja ta stała się wyznacznikiem stylu, który pojawił się na płycie Turbulent Times (2002). Tytułowy kawałek to próba interpretacji nowego światowego chaosu, głębokie partie wokalne z kontrapunktującym pianinem, wspierane są przez kobiece chórki, a linie saksofonu zdają się podkreślać trudności, przed którymi stoi społeczność międzynarodowa, gnębiona wybuchającymi w Afryce wojnami domowymi i europejskim chaosem imigracyjnym. Utwór ten natychmiast znalazł się też na składance Nu Afrobeat Experience (2002), która podkreśla związek afrobeatu z współczesną muzyką klubową.

Właśnie w tą stronę idzie też Wunmi, zamieszkująca w Londynie, piękna, czarna wokalistka znana z projektu Soul II Soul, której zeszłoroczny album Africans Living Abroad, już okazał się wielkim, undergroundowym hitem, którego najlepszym dowodem jest jego edycja na krążku winylowym. Album został zrealizowany z pomocą takich gwiazd, jak Masters At Work, Pasta Boys, Seiji, Osunlade i Tony Nwachuku z Attica Blues. Przynosi on świeżą porcję afrobeatowej rytmiki w klubowym sosie z odwołaniami do hiphopowej przeszłości przy mocnym politycznym przesłaniu w warstwie tekstowej.

Jak można przy tej okazji łatwo zauważyć, to właśnie wpływy hiphopowe i klubowe będą prawdopodobnie decydować o kształcie afrobeatu tworzonego w afrykańskiej diasporze po obydwóch stronach Oceanu, czego dowodem jest także młody Nigeryjczyk, Wale Oyejide, którego hitem stał się wypuszczony wspólnie z nieżyjącym już producentem, J Dillą, antywojenny kawałek There's war going on (2004). Jego ostatnia EPka, Africahot!—The Afrofuture Session, to zaś wspaniały popis możliwości, jakie daje łączenie ulicznego rapu z potężną tradycją wojowniczego Feli.


Jeśli drzemie w was duch wojownika, koniecznie musicie to sprawdzić!

Efekt vodoun odkryty [Vodoun effect unveiled]




[PL]

Istnieją kompilacje muzyczne, o których można powiedzieć, że są bliskie ideałowi. Wprawdzie wśród wydawanych w ostatnich kilku latach kompilacji z muzyką afrykańską jest cała góra perełek, ale „The Vodoun Effect” stanowi prawdziwą wisienkę na tym torcie. Dwa winyle z czternastoma zabójczymi kawałkami, zostały oryginalnie nagrane na produkowanej w Szwajcarii monofonicznej Nagrze (tak, tak, wynalezionej przez polskiego wynalazcę – Stefana Kudelskiego!), która była jedynym, powszechnie dostępnym w latach '70, profesjonalnym sprzętem rejestrującym muzykę w Beninie.

Żaden z kawałków (oprócz „Mawa Mon Nou Mia”) nie był nigdy dystrybuowany poza Beninem stanowiąc głównie przedmiot krajowej dystrybucji w czasach kiedy brutalny coup d'etat pod wodzą Mathieu Kerekou zamienił Republikę Dahomeju w kraj stricte marksistowski. Mieszanka etniczna oraz współwystępowanie obok siebie tradycyjnego kultu Vodoun, najróżniejszych wyznań chrześcijańskich i Islamu, które do dzisiaj charakteryzuje ten kraj, wraz z postępujacą modernizacją, stały się w latach '70 idealnym polem rozkwitu lokalnych grup muzycznych, o których nie słyszeliśmy w Europie NIC aż do dzisiaj! Działalność Orchestere Poly-Rythmo de Cotonou jest sztandarowym przykładem, jak w oddalonym tylko kawałek od ówczesnego centrum kulturalnego Afryki Zachodniej, Beninie, rozkwitały mutacje współczesnej muzyki afrykańskiej, czerpiące głęboko z bogactwa rodzimej muzyki rytualnej.



W ten właśnie sposób totalny killer, „Se We Non Nan” (jak dla mnie ukoronowanie całej kompilacji), został zbudowany w oparciu o rytmiczną strukturę „Sato” - wuduistycznego rytmu, wygrywanego przez polirytmiczną orkiestę bębniarską podczas corocznego święta zmarłych. Kolejnym doskonałym tunem jest krótki lecz rewelacyjny „Nou De Ma Do Vo”, oparty o rytm kubańskiej salsy, która rozprzestrzeniła się w Beninie dzięki powracającym z Karaibów potomkom niewolników. Na składance znajdziemy też oczywiście mnóstwo kawałków zainspirowanych twórczością Feli Kutiego, z którym zespół zetknął się podczas sesji nagraniowych w Lagos, a wpływ ten wyraźnie i świadomie wykorzystał np. w kawałku „Assibavi” - następnym gorącym węgielku na tej składance.

Smaku całej selekcji dodaje fakt, że wszystkie nagrania zostały zarejestrowane po cichu przez lokalnych entuzjastów muzycznych, jako że zespół miał już wtedy ekskluzywny kontrakt muzyczny z wytwórnią i sklepem Albarika Store. To jednak część atrakcji dla chcących głęboko wniknąć w świat Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou, dla których przygotowano pięknie drukowane wkładki z obszerną historią grupy, wywiadami z producentami i dystrybutorami. Pozwalają one niemal udusić się gorącym, afrykańskim powietrzem, w którym zarejestrowano te piękne nagrania...

Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou – „The Vodoun Effect” 1972-1975: Funk & Sato from Benin's Obscure Labels – Analog Africa – 2xLP (AALP 064) – Niemcy, 24 Kwie 2009

Ocena: 9/10
Obecna cena: £16-28


[EN]

There are compilations, about which you can say they are nearly pure perfection. Admittedly, among compilations released in the last few years there is a handful of pearls, but „The Vodoun Effect” is a genuine crown jewel. Two records with fourteen killer tracks, have been originally recorded using a Swiss made, Nagra reel-to-reel monofonic recorder (invented by Polish constructor, Stefan Kudelski!), which was the only, commonly available in the 70's in Benin, professional recording tool.

None of the tracks (apart of „Mawa Mon Nou Mia”) was ever distrubuted outside Benin. They were circulating mainly inside the country in the times when brutal coup d'etat lead by Mathieu Kerekou had changed freshly liberated Republic Of Dahomey into stricte Marxist state. Ethnic mixture and variety of cults and religions such as traditional Vodoun, various branches of Christianity and Islam, which still compose into cultural landscape of this country, together with forced modernization, had become perfect soil in the 70's for the flourish of local music groups we haven't heard about in Europe untill now. Career of Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou is a leading example, how not far away from the cultural centre of West Africa of that time (I'm saying about Nigeria), small Benin, could have been a place of spreading and mutating of new musical forms, inspired strictly by wealth of local, ritual music.



This is the way for instance, in which killer track „Se We Non Nan” has been built (for me the most precious tune on this whole compilation) around the core of „Sato” rhytmical structure – vodoun rhytm, played by polyrhythmic drum orchestra during annual ritual in memory of the dead. Another wicked tune is short, but fantastic „Nou De Ma Do Vo”, based on the Cuban salsa rhytm, which had spread in Benin due to the descendants of slaves coming back from Caribbean. We'll find there obviously a lot of tunes, inspired by Fela Kuti's music, whom they met when recording in Lagos. Inspiration can be heard in tunes such as „Assibavi” - one of the hottest on the compilation.

We can taste the selection even more knowing that all tracks have been recorded „aside” by local music enthusiasts, for at that time band had had exclusive music contract with Albarika Store (based in Cotonou label, distro and music store in one). Specially for those ones, who would like to go deep inside the world of Orchestere Poly-Rythmo de Cotonou, there are beautifully printed inner sleeves containing voluminous history of the band and interviews with their producers/distributors. They offer dry and hot African air, which is a constant compound of these rare recordings...

Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou – „The Vodoun Effect” 1972-1975: Funk & Sato from Benin's Obscure Labels – Analog Africa – 2xLP (AALP 064) – Germany, 24 Apr 2009

Rating: 9/10
Current price: £16-28